Botanical Effects

Przez lata blogowania, czytania recenzji i przyglądania się nowym produktom - wielokrotnie spotykałam się ofertą marki Mary Kay, jednak ze względu na dostępność, nigdy nie miałam okazji używać ani kosmetyków do makijażu, ani tym bardziej produktów pielęgnacyjnych tej firmy. Na moje szczęście, kilka miesięcy temu na Instagramie wygrałam całą serię Botanical Effects. Szybko zabrałam się za testowanie różowych nowości i muszę przyznać, że udało mi się odkryć całkiem przyjemne produkty do pielęgnacji twarzy.



Cała seria dedykowana jest dla osób młodych, które poszukują odświeżenia i recepty na zdrowo wyglądającą skórę. Na stronie Mary Kay nie znalazłam niestety składów poszczególnych produktów, co uważam za wielki minus, gdyż przy przeprowadzce musiałam pozbyć się opakowań, co miało miejsce jeszcze przed zrobieniem zdjęć. Producent zapewnia, że wszystkie kosmetyki są łatwe w użyciu, a zawarte w nich składniki będą stale chronić i odżywiać naszą skórę. Znajdziemy tutaj przede wszystkim ekstrakt ze smoczego owocu, który jest bogaty przeciwutleniacze oraz aloes - odpowiedzialny za utrzymywanie odpowiedniego poziomu nawilżenia naszej skóry.



Na początek dwie perełki. Emulsja nawilżająca z SPF 30. Idealna na dzień, zwłaszcza zimową porą, ze względu na swoją treściwą konsystencję. Bardzo ładnie rozprowadza się na skórze, nie pozostawia białego, tłustego filmu. Nic się pod nią nie roluje, ani nie ściera. Stosując ją pod makijaż mam uczucie głębokiego nawilżenia, przy czym nie muszę obawiać się o trwałość nałożonych na nią kosmetyków kolorowych. Mój absolutny hit - żel nawilżający. Zakochałam się w nim od pierwszego użycia. Niesamowita, żelowa (chłodna) konsystencja. Gładko rozprowadza się po cerze i błyskawicznie wchłania. Używanie tego kosmetyku to czysta przyjemność. Nie pozostawia tłustej warstwy, a skóra po jego użyciu jest gładka i promienna. Używam go zarówno na noc, jak i na dzień (niezależnie od tego, czy nakładam makijaż). Moim zdaniem jest bardzo uniwersalny i byłby idealny jako baza dla osób ze skórą suchą, ale także jako krem na noc dla osób o skórze mieszanej i tłustej.



Pozostałe trzy kosmetyki nie wywarły na mnie już tak dużego wrażenia. Żel dobrze oczyszcza, ale słabo się pieni, czego zwyczajnie nie lubię. Nie wysusza skóry. Jest przyjemny w użyciu, jednak równie dobre żele znajdziecie w drogeriach. Peeling energizujący - świetny dla osób, które lubią delikatne złuszczanie. Ja zwykle stawiam na produkty z większymi drobinkami ścierającymi. Ten określiłabym jako dodatek do żelu. Skóra jest po nim oczyszczona, gładka i promienna, ale dla mnie to raczej nic specjalnego. Ot, taki peeling do codziennego użytku. Tonik... Na tym powinnam zakończyć. Kosmetyk, sam w sobie, jest bardzo dobry - odświeża, znosi uczcie ściągnięcia i nie podrażnia, jednak mam problem z używaniem produktów tego typu. Napiszcie, proszę, że nie jestem jedyna! 



Wszystkie kosmetyki z serii Botanical Effects są przetestowane dermatologicznie, niekomedogenne, mają duże pojemności (50-147ml), urocze różowe opakowania, które będą się pięknie prezentować na łazienkowej półeczce oraz nieziemski (nieziemski!) zapach - świeży, kwiatowy, pobudzający, a zarazem perfumeryjny i luksusowy, co właśnie sprawia, że nawet jeśli nie do końca odpowiada mi formuła kosmetyku, i tak sięgam po niego z wielką ochotą i przyjemnością. Używanie serii Botanical Effects to niesamowite przeżycie dla zmysłów.


Instagram @majlajfbeauty

Jo 

Golden Rose Velvet Matte Lipstick

Nadszedł nowy rok, co oznacza, że na wielu blogach znaleźć można posty z serii 'kosmetyczni ulubieńcy roku' i szczerze przyznam, że ja również zastanawiałam się nad opublikowaniem takiego wpisu, jednak uznałam, że raz - byłabym nieco spóźniona (co jest już chyba normą), dwa - o wszystkich nowościach kosmetycznych i tym, jak radzą sobie na mojej twarzy, piszę na bieżąco na Instagramie. Przeglądając swojego bloga zauważyłam jednak, że brakuje tutaj bardzo ważnego wpisu! Wpisu o moich ulubionych (zaraz obok MACa) pomadkach! Seria Velvet Matte skradła moje serce i choć większość sięga aktualnie po pomadki w płynie, ja wciąż wracam do tych tradycyjnych.



Golden Rose zamknęło swoje pomadki w gustownych bordowych opakowaniach ze złotymi napisami, które niestety ścierają się od noszenia w torebce/kosmetyczce, więc po czasie nie wygląda to zbyt estetycznie, za co wielki minus. Cena jest śmiesznie niska, jak na pomadkę tej jakości, a w opakowaniu dostajemy całkiem sporą ilość produktu, bo aż 4,2g.



Same pomadki są rewelacyjnej jakości. Mocna pigmentacja. Matowe, ale jednocześnie aksamitne i kremowe wykończenie. Wspaniała trwałość! Zawsze stawiam na nie, kiedy wiem, że nie mogę lub nie chcę poprawiać makijażu ust w ciągu dnia. Ufam im w stu procentach, choć nie są to produkty zastygające, więc mogą minimalnie się odbijać! Zjadają się równomiernie, nie tworzą brzydkiej, odcinającej się linii wewnątrz ust. Mają subtelny, ledwo wyczuwalny zapach. Na pewno nie będą drażnić osób, które mają wyczulone nosy. Jednak największą zaletą, moim zdaniem, jest fakt, że pomadka nie podkreśla żadnych niedoskonałości i suchych skórek, co oznacza, że nawet, kiedy mamy 'gorszy dzień' - możemy spokojnie zaaplikować ją na usta (równie dobrze sprawdza się nałożona na balsam).



Na uwagę zasługuje także świetny, ułatwiający pracę kształt pomadki. Końcówka jest idealnie ścięta, co pozwala na precyzyjną aplikację, choć ja i tak jestem zwolenniczką stosowania konturówki niezależnie od tego, jaki produkt nakładamy na usta.


Producent przygotował bardzo szeroką gamę kolorystyczną, która stale jest poszerzana o nowe odcienie, więc każda z nas, z pewnością, znajdzie coś dla siebie! Aktualnie na stronie Golden Rose dostępnych jest 39 kolorów. Muszę przyznać, że moim ulubieńcem jest numer 03 - idealny, ciepły beż, którego tony możemy modyfikować odpowiednią bazą pod spodem. Wielokrotnie, pod zdjęciami na Instagramie, pytałyście, jaką pomadkę użyłam - w większości przypadków okazywało się, że to właśnie 'trójeczka'.

 (od lewej strony: 04, 03, 02)

 (od lewej strony: 07, 06)

 (od lewej strony: 14, 13, 11)

 (od lewej strony: 20,19)

(od lewej strony: 30, 29, 28)

(na ustach: konturówka Pierre Rene Lip Matic 07 + pomadka Golden Rose Velvet Matte 03)

Jestem pewna, że większość z was już próbowała lub posiada w swojej kolekcji pomadki z serii Velvet Matte. Podzielcie się swoimi ulubieńcami! A może jakiś inny produkt skradł ostatnio wasze serca?
Jo ♥